Montaże w całej Europie to w MIA chleb powszedni: Paryż, Praga, Monachium, Oslo nie robią już na nas wielkiego wrażenia. Za to kiedy w grafiku pojawiła się Martynika, dało się wyczuć emocje. Na początku 2017 roku MIA już po raz drugi poleciała na Karaiby!

Kto by nie chciał się tam wybrać, zwłaszcza w styczniu, kiedy średnia miesięczna temperatura powietrza waha się miedzy 21 a 28°C? Chętnych było więcej niż miejsc, a miejsce było tylko jedno.

O nowym projekcie Grupy Chantelle dowiedzieliśmy się kilka miesięcy wcześniej. W teorii wszystko wyglądało dosyć prosto: produkujemy meble, które następnie transportujemy do francuskiego portu w le Havre, stamtąd inna firma dostarcza je na Martynikę. W Galerii Lafayette w Fort-de-France, umówionego dnia o umówionej godzinie zjawia się nasz człowiek – superwizor, który służy radą i doświadczeniem wykwalifikowanej ekipie lokalnych montażystów. Wszyscy razem w ciągu jednego dnia, no może półtora, kończą montaż, zamiatają i do domu.  Corner zapełnia się koronkową bielizną, a ekspedientki i klientki są bardzo zadowolone. Takie właśnie było założenie.  A rzeczywistość?

Rzeczywistość była znacznie ciekawsza. Statek, którym miały płynąć meble, miał problemy techniczne i towar musiał zostać przeładowany na inny, co skutkowało kilkudniowym opóźnieniem. Czyżby zły znak? Nie, nie bądźmy przesądni. Meble dopłynęły. Dochodziły do nas jednak informacje, że jest ryzyko, iż na miejscu będzie tylko jeden montażysta (z trzech obiecanych). Wytłumaczenie: to jest Martynika i tak naprawdę okaże się na miejscu, co zastaniemy. Robiło się ciekawie. Nadszedł dzień montażu. Superwizor stawił się na miejscu i zastał 3 pomocników. Czy montażystów z prawdziwego zdarzenia? Zdania są podzielone. Przystąpili do pracy. Superwizor nie mówił po francusku, więc komunikacja między nimi była trochę po angielsku, trochę na migi, a pewnie też trochę w domyśle. I tutaj po kilku godzinach, kolejna nieoczekiwana „niespodzianka”. W krajach arabskich nazywają to zemstą faraona. Nie wiemy, kto i za co chciał się mścić na naszym pracowniku na Martynice, ale z opowieści wiemy, że było to, delikatnie ujmując, nieprzyjemne. Zatrucie pokarmowe, bez wchodzenia w szczegóły, sprawiło, że superwizor musiał odejść z miejsca montażu. Przekazał montażystom, co powinni robić, tamci kiwali głową, że „OK, OK”, ale od tamtej pory nie było OK. Po kilku godzinach zaczęła się fala telefonów z Martyniki do Francji, a z Francji do Polski do MIA, z pytaniami: „Co się dzieje?”, „Dlaczego naszego superwizora nie ma w miejscu pracy?”, „Czy zdążymy ukończyć montaż w terminie?”. Żeby uzyskać odpowiedzi na te wszystkie pytania, trzeba było skontaktować się z superwizorem. Tutaj wystąpiła kolejna trudność, ponieważ zgubił telefon po drodze i mogliśmy się z nim porozumieć jedynie przez tablet, który często odmawiał posłuszeństwa. Następnego dnia postęp prac niewiele się zmienił, montażyści (pracownicy galerii) zaczęli się niecierpliwić, sami nie podejmowali żadnych działań montażowych. Sytuacja była mało komfortowa, wszyscy martwili się, co się dzieje i zastanawiali się, jak rozwiązać tę sytuację. Tego samego dnia postanowiliśmy wysłać na Martynikę kolejnego pracownika. Tak się złożyło, że był on na południu Francji, skąd poleciał do Paryża, a z Paryża na Martynikę.

Koniec końców historia skończyła się szczęśliwie. Superwizor nr 1 wyszedł cały i zdrów z tej sytuacji,  Superwizor nr 2, ratując kolegę i MIA z opresji, zasłużył sobie na ksywkę Assistance oraz pstryknął kilka zdjęć pod palmą. Co jednak najważniejsze, meble zostały zamontowane, a klient bardzo docenił efekt końcowy i nasze zaangażowanie (ostatecznie montaż wykonali nasi dwaj pracownicy).  To co? Kto następny chętny na montaż na Martynice? 🙂